Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Byłem wczoraj na basenie. To odkryty zbiornik, zaraz koło ,,wielkiej wody” nieopodal góry Żar. Właściwie, to były to dwa baseny – jeden dla dzieci, drugi – większy – dla tych większych dzieci.
Późne popołudnie. Słonko przygrzewa, jak gdyby chciało przysmażyć  nas wszystkich na frytki, te zaś stoją sobie w barku, w którym wieczorem ma się odbyć koncert. Z barku śmierdzi. Ale to mi nie przeszkadza, bo basen jest zbyt daleko, by ludzie mogli zapach czuć, a w dodatku wieje lekki wietrzyk.
Siedząc na trawię i obserwując ludzi, pomyślałem sobie, że nie muszę już marzyć o innych planetach i cywilizacjach. Dlaczego? Oto, jaki obraz miałem przed oczami:
Basen. Wydrążona w ziemi dziura, zalana betonem, dostosowana do utrzymania wody i pełna tejże. W basenie, na płyciźnie (120cm) – ludzie. Głównie dzieci i opiekunowie. Troszkę dalej, za białym sznurkiem – też ludzie. Ta sama płycizna, która pogłębiać zaczyna się dopiero w połowie basenu, dochodząc do 17ocm głębokości.
I stoją sobie ci ludzie w wodzie. Patrzą się w dal i z poważnym wyrazem twarzy – podskakują na palcach. Kie diabeł? – myślę. Toć basen do pływania chyba… i faktycznie – parę osób zaczyna pływać. Łapka w górę, łapka w dół… powoli…
A ja patrzę na ten mały tłumek i pytam się – czy jest tam choć jedna osoba, która faktycznie umie pływać? A skoro nie – dlaczego? Czy tak bardzo zasiedzieliśmy się przed telewizorami, że kłopotem stało się parę razy rozprostować członki? Bez tego dostajemy tłumek hipopotamów pluskających się w wodzie, stojąc w miejscu. W tak wielkim basenie.
No i dobrze, niech będzie. Więcej miejsca dla mnie. Poszedłem na głębię.
Ale i tu nie mogłem popływać. Powód? Ludzie, a jakżeby inaczej. Jak to jest, że nikt z pływających nie patrzy się, gdzie pływa (jeśli już pływa)? Zamiast tego woli kontemplować swoje kąpielówki, pływając wzdłuż, nie w poprzek basenu, w dodatku środkiem. Efektem czego zmuszony jestem po każdych 20-tu metrach crawla zatrzymywać się i patrzeć, czy ktoś nie nadciąga kursem kolizyjnym. A i tak pod koniec, cudem udało mi się uniknąć zmiażdżenia, kiedy jakiś kretyn skakał na główkę… wprost na mnie.

Ale takie właśnie atrakcje przypomniały mi, że czas pogawędzić. I historię pociągnąć dalej.

Skończyliśmy na tym, jak cała nasza ekipa, czyli długowłosy Viear, czarny Ced, skórzany Alak, arafatkowy komandos Rafał, oraz towarzysząca nam wiedźma – Ruda, dotarliśmy, cali i zdrowi, na wrocławski peron.
Z początku, przystanęliśmy, zdezorientowani, lecz chwilę później ruszyliśmy przed siebie – w stronę podziemnego przejścia. Po paru minutach udało nam się wydostać na świeże powietrze (z czym słońce nie omieszkało nas przy tym oślepić na powitanie).
Z tłumaczeń Mroza, naszego admina nad adminy, wiedzieliśmy, że aby się dostać do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy (to, z tego, co zrozumiałem – też Wrocław) musimy znaleźć tramwajowy przystanek. Ha, tylko gdzie?
Po mniej więcej dziesięciu minutach poszukiwań, zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Znaczy, Ruda zadzwoniła. Pokiwała głową, poprzewracała oczami, wstrząsnęła grzywą rudych włosów… i podreptaliśmy tam, gdzie nas rzeczony szef odsyłał.
Okazało się, że przystanek istotnie był, nawet niedaleko, tyle, że zupełnie z drugiej strony. Czekając na tramwaj, po raz pierwszy mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu.
Powiadają, że Wrocław przypomina Kraków. I, faktycznie, tak jest. Niemal poczułem się jak w domu. Niemal. Bo Wrocław jest Krakowem sprzed jakiś dziesięciu, może czternastu lat. Podniszczony, pordzewiały, podziurawiony z chodnikami zrobionymi z  popękanych, wielkich płyt. Przynajmniej ta część, którą widziałem, tak wyglądała. A jednocześnie – ładny. Zdobione kamienice, normalni ludzie… tak, chyba faktycznie to mógłby być Kraków.
Tymczasem nadjechał tramwaj. Z niechęcią wtaszczyłem do rozpalonego wnętrza swój plecak, czując, że momentalnie zaczynam się smażyć. Ruszyliśmy.
Droga przez Wrocław była długa, nawet tramwajem. Mieliśmy do przejechania prawie wszystkie przystanki. A przy okazji, mogliśmy podziwiać piękną architekturę starego miasta.
Mniej więcej pięć, czy sześć przystanków przed Leśnicą, czekało mnie zaskoczenie. Otóż, w pewnym momencie Wrocław urywa się i… są już tylko pola. Tak nagle, w środku miasta. I tak, prawie do samej pętli.
Tymczasem, właśnie w okolicach tych łąk i pól, zadzwonił do mnie SJ. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Gdzie wy, kurwa, jesteście? – przywitał się Jedi.
- W tramwaju – odparłem zgodnie z prawdą.
Odpowiedź SJ-a zagłuszyło jakieś pijackie wycie i śmiechy.
- … wa dokładnie?!
Wyjrzałem przez brudne szyby.
- Widzę jakiś zakład… – tu odczytałem trudną do zapamiętania nazwę.
- Aha. To niedaleko – stwierdził, po czym się rozłączył.
I faktycznie. Parę minut później byliśmy na miejscu. Ledwo wysiedliśmy z nagrzanego pieca, gdzieś z prawej strony gruchnęło nagle:
- SEX! MUZYKA!
- FAN-TA-STYKA! – odkrzyknęliśmy chórem.
Przy murku opierali się Inher, Mrozu i SJ, szczerząc się do nas na przywitanie. I my się wyszczerzyliśmy, na co SJ zaraz spoważniał i wstał, otrzepując spodnie.
- Gobliny z Krakowa przyjechały! Chodźcie za nami.

Zamek, w którym odbywały się Dni Fantastyki okazał się – tak, jak mówiono – naprawdę piękny. Z początku zgłosiliśmy się po akredytację. Szybko dostaliśmy do spragnionych raczek plik ulotek, smycz, kartę noclegową, identyfikator i jeszcze parę ulotek, po czym odwróciliśmy się do wyjścia. Tam musieliśmy jeszcze zaczekać, na Alaka, który jeszcze nie kupił biletu. Podczas, gdy SJ przebierał nogami w miejscu, my zajęliśmy się chłonięciem atmosfery konwentu. A było co chłonąć. Na lewo od drzwi – Vader z klocków lego, w niedalekiej odległości przechadza się szturmowiec imperialny (który raz pogroził mi bronią). Na prawdo – stoiska z grami i zabawkami dla najmłodszych. Skądś dobiega muzyka, skądinąd – śmiechy. W ogródkach piwnych pełno ludzi… słowem – dzieje się!
Tymczasem przybył Alak i trza było zbierać się do szkoły.
Poprowadzili nas, krętymi uliczkami, w stronę placówki,w której bracia i siostry fantaści rozkładali obozowiska, jak na drużyny awanturników przystało.
Szkoła, jak to szkoła, nie wyglądała zbyt okazale, ale nam jawiła się, w tym upalnym dniu, jak wybawienie. Choć okazała i tak była, w końcu zmieściło się tam prawie dwa tysiące osób! Szybko, w biegu pokazując strażnikom nasze karty noclegowe, dotarliśmy do ,,naszej” sali. Łatwo ją było poznać – na drzwiach przybita była kartka wieszcząca wszem i wobec, że tu zamieszkuje ekipa Enklawy Magii – znaczy, nie zbliżać się. Zły pies. Gryziemy. I tak dalej.
Po rozpakowaniu nie pozostawało już nic innego, jak położyć sie na chwilę i odsapnąć. Do czasu, aż ktoś, zaspanym głosem, nie zapyta:
- To jak, idziemy?
- Mhmmm… – odpowiedziała grupa zombiech.
Uliczka, uliczka, skrzyżowanie – jesteśmy znów. Zaczyna się konwent. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy więc nie gdzie indziej, jak do ogródków piwnych. A tam, z kolejki uśmiechali się już do nas dwaj groźni panowie – Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas.
Uściskaliśmy sobie ręce i stanęliśmy wszyscy w kolejce po piwo.
Tak właśnie zaczął się konwent Dni Fantastyki 2010.

Tymczasem, co na konwencie się działo (a działo się, oj działoooo!), czemu piwo było z miękkiej rurki, oraz czym Ced się podniecił – to już w następnym wpisie spod znaku niepoprawnego gawędziarstwa.
Na dziś – tyle.

W powrotach jest coś magicznego. Kiedy, po długiej podróży, rozpoznaje znajomy detal; odrapany płot, kawałek wiszącego tu od wieków sznurka, czy też specyficzny zapach – wiem, że wróciłem. I cieszy mnie to, nawet, jeśli w sercu pozostaje żal za przygodą.
Pocieszam się tym, że ta się jeszcze nie skończyła, a powrót jest tylko chwilowy – ot, by poczuć woń domu, nie zapomnieć, gdzie moje miejsce.

Będąc w nostalgicznym nastroju zacząłem przeglądać stare teksty. Czasem się śmiałem, czasem tylko patrzyłem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Aż wreszcie dotarłem do tych, które już jako-tako da się czytać. I naszła mnie myśl, że mam taki jeden, którego nie wykorzystam już jako szczebel do drabiny. A przecież nie pisałem go po to, by leżał gdzieś, na dnie szuflady!
Tak więc – ląduje tutaj. Małe opowiadanie, takie o. Krótki tekst nastrojowy.
Niech żyje, w końcu powstało.

***

ŻYCIE


Był ciepły, jasny dzień. Wiosna. Jasnozielone liście dopiero co pojawiły się na drzewach, a ptaki odśpiewywały swoje serenady.
Jan szedł szybkim krokiem jedną z krakowskich uliczek. Co jakiś czas potykał się na bruku, lecz natychmiast prostował się i jeszcze bardziej przyspieszał kroku. Na jego twarzy zagościł serdeczny, niezmącony troskami, uśmiech.
To był jeden z tych dni, kiedy wszystko może się udać. Ciepły, lecz nie gorący, słoneczny, lecz nie za jasny i pachnący świeżością poranka, mimo, że było już południe. A w dodatku sobota, co znaczyło, że ma przed sobą całkowicie wolny dzień także i jutro.
Doprawdy, nie było chyba szczęśliwszego niż on człowieka na tym świecie.

***

Wstając rano, nie przypuszczał, że za niecała godzinę do jego skrzynki wpadnie list z informacją o wygranej w konkursie fotograficznym jednego z czołowych pism na rynku. Zaraz później dostał też dwa maile z propozycjami współpracy z branżowymi pismami.
Kiedy zadzwonił do Ani i przekazał jej tę radosną wiadomość, od razu zaproponowała spotkanie. Najpierw obiad, potem kino, a następnie kolacja i – kto wie? – być może także i śniadanie?
W taki dzień, jak dziś nie miał wątpliwości, że tak będzie.
Szedł teraz na umówione miejsce spotkania, uśmiechnięty, z idealnie ułożonymi, długimi włosami, w co dopiero kupionej skórzanej kurtce, czując na twarzy orzeźwiający, chłodny wiatr.
Zdawało mu się, że przechodnie uśmiechają się do niego uprzejmie, gdy ich mijał. Jeden starszy pan nawet mu się ukłonił!
Sam też się uśmiechał. Idąc przez miasto spotkał już dwóch dobrych znajomych ze studiów, z którymi powymieniał się najnowszymi plotkami. Pogratulowali mu serdecznie, mimo, że nie chwalił się sukcesem. Widocznie Ania zdążyła już rozpuścić swoje plotkarskie wici.

***

Gdy dojrzał rynek starego miasta, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Umówili się z Anią pod ratuszem i-mimo, że do godziny spotkania zostało jeszcze jakieś dziesięć minut – wiedział, że ona już tam jest i czeka na niego. Po prostu uwielbiała przychodzić przed czasem, stać i obserwować ludzi, czekając na tego, z kim się akurat umówiła. Czy to była jej najbliższa przyjaciółka, czy też właśnie sam Jan.
Oczyma wyobraźni widział już jej ciemnobrązowe oczy, rozświetlone iskierkami radości. Chciał już przy niej być, wziąć ją w ramiona, pocałować i powiedzieć, jak bardzo ją kocha.
Pogwizdując wesoło, ruszył przed siebie jeszcze szybciej, prawie biegiem.
W chwili, kiedy wchodził na płytę rynku, zwalił się nagle na kolana. Przez jego twarz przeleciał nagły grymas bólu i niedowierzania.
Sekundę później był już martwy, a z jego nosa ciekła krew.
Mały, niepozorny i niezauważony skrzep krwi przepłynął jego żyłami prosto do mózgu, gdzie zablokował równie niepozorną tętnicę.
Jan nie miał szans. Skonał w przeciągu paru sekund.
Niecałe trzysta metrów od kobiety, którą kochał.

Kraków,
7 Stycznia 2010

Słońce przygrzewa, wielkie upały skończyły się, a woda cicho pluska w jeziorze. Myślę, że jest to odpowiedni moment, by podjąć wakacyjną gawędę. Zresztą, nie tylko… (stąd też tytuł) choć o tym później.

Z tego, co pamiętam, skończyłem w momencie,  kiedy czwórka fantastów (trzech gości w skórach i jeden komandos) usiadła na peronie, klnąc pod nosem i w myślach żegnając się z tortem powitalnym Dni Fantastyki 2010. Przez jakiś czas jeszcze analizowaliśmy wszystkie komunikaty poprzedzające przyjazd naszego pociągu. Nikt z nas nie słyszał, by go zapowiadano, choć każdy nasłuchiwał. Klnąc tym bardziej na polskie koleje, czekaliśmy na następny środek lokomocji, a imć Viear poszedł zapytać się szanownej pani w informacji, czy będziemy musieli kupować nowe bilety. Oczywiście, gdyby tak było, straż musiała by go wyrzucić siłą z dworca, bo V stanąłby przy kasie i dyskutowałby, żądając sprawiedliwości. Trzeba też wspomnieć, że nie byłby sam…
Tymczasem jednak, dzięki łaskawości PKP, mogliśmy jechać na tych samych biletach. Kiedy więc nasza ciuchcia doczłapała dysząc ciężko do peronu, odetchnęliśmy z ulgą i – gotowi na wszystko (w tym; bandę kiboli, nalot bombowy, pociski nuklearne i armagedon) – wsiedliśmy do metalowej dżdżownicy.
Trochę się bałem, że nie znajdziemy wolnego przedziału, jednak okazało się, że ten już na nas czeka. Mały, pachnący kotami, obity sklejką, ale (prawie) własny. Nie pozostało nam nic więcej, jak tylko załadować bagaże na odpowiednie miejsca (odprawiając nad nimi modły, by nam nie spadły na łby) i chwilę później ruszyliśmy.

Pierwsze szarpnięcie było jak start rakiety – wcisnęło mnie w fotel, potem musiałem się go mocno trzymać, by nie polecieć na siedzącego naprzeciwko Vieara (którego z kolei wparło w siedzenie), a potem coś trzasnęło, gwizdnęło, zatrzęsło pojazdem, rozległo się przeraźliwe skrzypienie nadwyrężonego, pordzewiałego metalu… i wreszcie pociąg ruszył. Wolno, ociężale, coraz szybciej, szybciej. Szybciej. Nie do wiary, ale po jakiś 100-200 metrach pędziliśmy już z przerażającą szybkością 20-stu kilometrów na godzinę! Wyraźnie widziałem usiłujące się z nami ścigać ślimaki. Przegrywały, psiekrwie.
Chwilę później słyszeliśmy już monotonne stukanie, tak dobrze znane śmiałkom podróżującym polskimi kolejami.

Mieliśmy w perspektywie wiele godzin spędzonych w jednej pozycji na czterech literach. Sięgnąłem po nieodłączną torbę, by wyjąć plan Dni Fantastyki. Przez następne czterdzieści, czy pięćdziesiąt minut zakreślaliśmy wszystkie interesujące nas prelekcje, z żalem patrząc na te, które – jak wiedzieliśmy – będziemy musieli opuścić z powodu spóźnienia.

Podróż nie dłużyła się specjalnie. Na przystanku w Katowicach dosiadła się do nas straszliwa Ruda Wiedźma, już od progu święcie przekonana, że my są diabły i szatany, czyhające tylko, by ją pogryźć. Jeden Diabeł, siedzący naprzeciwko mnie, wyglądał faktycznie na chętnego, ale – po moich zapewnieniach – że my są diaboły niegryzące Wiedźm – dał za wygraną, a (z pozoru nieśmiała) Ruda przysunęła się bliżej, zagajając coś nieśmiało.
Przyznam, że pierwsze minuty były ciężkie. Wiedźma wyglądała na lekko spłoszoną, my zaś nie mieliśmy za wiele tematów (przynajmniej z początku) do omawiania, a o duszach, czarach i urokach w biały dzień mówić jest nieelegancko.
Niedługo to trwało. Od słowa do słowa, uśmiechu, półżartu, żartu i dowcipu, do chichotu i śmiechu, dotarliśmy do porozumienia. Wkrótce Viear zajął się podziwianiem zakupionego przez Rudą czarnego bokkena, jako, ze poprzedniego, na skutek zbyt mocnej wymiany ciosów, Viearowi złamałem ja (zresztą sam chciał, nie trzeba było tak zaciekle atakować).
Alak wyciągnął ,,Politykę” i zniknął gdzieś w tym swoim dziwnym świecie, Komandos… coś tam myślał i uśmiechał się pod nosem, ja zaś, z braku pomysłu narysowałem Vieara, dodając mu habit i różaniec. Przyznam się (a Wiedźma potwierdziła to śmiechem), że rysunek mi wyszedł. V nie chciał docenić tej sztuki.
Następna praca, była zbiorowa. To znaczy, ja zacząłem, rysując mózg kobiety (to bardzo łatwe – bierzesz ołówek i robisz na kartce jak najwięcej gryzmołów w jednym miejscu), Franek pomógł mi, dorysowując do tego patrzałki.

Tak nam jakoś szybko minęła ta podróż, że – nim się obejrzeliśmy – byliśmy już we Wrocławiu. O dziwo – pociąg ciągle był w jednym kawałku.
Stanęliśmy zatem na płycie dworca, objuczeni, acz już zintegrowani. Konwent się już dawno rozpoczął, a my mieliśmy jeszcze długą drogę przed sobą – od śródmieścia, do Zamku, gdzie czekała na nas reszta redakcji Enklawy Magii.
A jak się tam dostaliśmy, oraz dlaczego Wrocław jest dziwnym miastem – to już w następnym odcinku.

Tymczasem czas jeszcze na drogę drugą, czyli teraźniejszość.

Udało mi się podpisać swoją pierwszą umowę literacką dotyczącą tomu ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, mającego ukazać się jesienią tego roku, nakładem wydawnictwa Radwan.
Okładkę antologii można zobaczyć w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki, gdzie zamieszona jest                zapowiedź-reklama tejże.

Będąc ciągle w klimatach wakacyjno-konwentowych, nie mogę nie napisać o tym, co dzieję się właśnie na Enklawie Magii, a właściwie… poza nią.
Od paru tygodni trwały przygotowania do wyjścia poza umowne granice serwisu. Tak się złożyło, że niżej podpisany stał się liderem działu Community i na nim właśnie spoczął obowiązek głoszenia fantastycznej nowiny w internecie. Niezwłoczne zabrałem się do roboty.
Dziś mogę ogłosić, że Community oficjalnie rozpoczyna swoją działalność. Może i nie jest to jeszcze szczyt marzeń, ale na początek wystarczy. A zaczyna się to od… YouTube, gdzie dziś w nocy (późno w nocy) miała miejsce (bardzo późno w nocy) premiera (cholernie późno w nocy…) paru filmów, które udało mi się zrobić na konwencie Dni Fantastyki 2010. Na kanale EnklawaTV można obejrzeć fragmenty z prelekcji ,,Dokąd zmierza polska groza?” z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Roberta Cichowlasa i Dawida Kaina. Dwóch ostatnich zgodziło się pozdrowić Was na osobnych filmach.

Nasz serwis jest także dostępny na innych serwisach społecznościowych. Zapraszam!

Słońce świeci, z nieba leje się nieznośny żar i nawet tu, w górach, nie daje on wytchnienia. Dopiero w nocy, kiedy kula ognia chowa się za gdzieś za horyzontem, można odetchnąć. Ale i tak… jest ciepło. Ziemia paruje, nagrzany beton promieniuje, gwiazdy świecą. Nie ma co, czas na wakacyjne gawędy!

A zaczęło się to klasztorem. Do niego jeszcze wrócimy, w tej chwili jednak wracam myślami do innych dni, bliższych mojemu sercu.
Dni Fantastyki 2010. Ładna nazwa, ładne miejsce i czas. Wrocław, lato w pełni. I około dwa tysiące fantastów, nawiedzających zamek w Leśnicy. Jeśli – jak być powinno w każdym szanującym się zamku – były tu jakieś duchy, na wieść o zgrai wielbicieli książek, filmów i gier fantastycznych, oraz (w większości) mocniejszych brzmień , wyniosły się na urlop w trybie natychmiastowym. A dresy zostały. Dziwne… ale, ale, zacznijmy od początku.

Początek… cóż, jak chyba wszystkie zwykłe początki, zaczął się od pobudki. A potem standard – rozbiegane spojrzenie, nerwówka, przepakunek plecaka, mycie, wkurzanie na włosy, które nie chcą schnąć – bo długie. Szybki rzut oka za okno. Temperatura znośna (czyt. nie za ciepło). Dobrze.
Wychodząc z domu myślę już tylko o przyszłości.

Spotkaliśmy się z ekipą koło Galerii Krakowskiej. Byłem drugi, najwcześniej przybył Alak, któremu nie chciało się czekać na zewnątrz, więc wszedł do środka i gdyby patrzył przez szyby (czego nie robił) pewnie miałby ubaw, widząc, jak przez blisko pięć minut rozglądam się, czekając. Ubawu nie miał, za to – dzięki dobrodziejstwu komórek, w końcu się odnaleźliśmy.
Zaraz później na miejsce przytaszczył się Viear, obowiązkowo w skórzanej kurcie (więc było nas już trzech) i lekko niedogolony. Za nim, na długich nogach, kroczył długowłosy komandos w arafatce i stroju moro, z wielkim worem przerzuconym przez ramię. Raf, znaczy. Brat wspomnianego już czarnoskórego.
Jako, że do wyjazdu było jeszcze dużo czasu, zaczęliśmy debatować nad możliwością spożycia czegoś na kształt śniadania. Oczywiście, w McDonald’s. Oczywiście, nie było siły, byśmy z Viearem się nie poprztykali o to, gdzie znajduje się ta ambasada USA. Ja wskazywałem na dolny poziom, on gdzieś na prawo. Jak zwykle też, założyliśmy się o to i zostawiając tamtych dwóch na pastwę bagaży, rzuciliśmy się przed siebie, by udowodnić sobie nawzajem swoje racje. I – jak zwykle – obaj mieliśmy rację. McDonaldsy pyszniły się w obu wytypowanych miejscach. Do 100% chwały brakowało tylko powiewających amerykańskich flag.
Po – znów jak zwykle – chwili mierzenia się wzrokiem i prezentowania jak najbardziej kąśliwego uśmieszku, zdecydowaliśmy się na restaurację bliżej dworca, czyli tą wytypowaną przeze mnie. Kiedy wróciliśmy, do bagaży i reszty naszej małej, fantastycznej, rodzinki i obwieściliśmy im co i jak, z ust Alaka dosłyszeć można było tylko westchnienie ulgi.
W McDonalds przegryźliśmy szybko parę śniadaniowych bułek zawierających nie-mięso, ja przy okazji skorzystałem z Carrefura naprzeciw, kupując parę chińskich zupek. Wszak na konwencie czasem jednak trzeba coś zjeść. Potem kupiliśmy bilety i poczłapaliśmy na peron.
Czas do przyjazdu pociągu upłynął nam na czytaniu programu konwentu. W pewnej chwili podszedł też do nas jakiś człowiek, pytając, czy my aby nie zmierzamy na Dni Fantastyki. ,,To aż tak widać” – zdziwił się Viear. Głupie pytanie. Trzech metali plus komandos, stojący z plecakami i debatujący nad kartkami z wyrysowaną na nich jakąś tabelką, przy okazji głośno co jakiś czas wykrzykujący coś w stylu ,,Ćwiek! Trzeba zakreślić!” albo ,, A tu przerwa na piwo!” czy ,,Jak oni mogli nam dać te dwie prelekcje równocześnie?!”.  Zdziwiłbym się, gdyby ktoś z naszej dalszej lub bliższej ,,rodziny” nas nie rozpoznał. W tym przypadku był to kuzyn od strony brata matki, bo gość interesował się tylko bitewniakami… ale i tak było sympatycznie. A kiedy przyjechał pociąg, on wsiadł i okazało się, że to jednak jeszcze nie nasz (kto wymyślił te cholerne skróty na biletach?) znów zostaliśmy sami. I zaczęliśmy się niepokoić, bo nasza ,,dżdżownica” jeszcze nie nadjeżdżała, a czas był najwyższy.
W końcu pojawił się, ledwo słyszalny, komunikat, że pociąg stoi na peronie… innym. I się zaczęło. Szybkie wrzucanie na siebie plecaków, bieg po schodach, w dół, w górę, i jesteśmy. A pociągu niema. Odjechał.
Z szybkich wyliczeń wyszło, że biegliśmy może z 20-30 sekund.  Doliczyć czas na zakładanie plecaków – minęło może 45 do 60 sekund. W tym czasie pociąg zdążył już przyjechać i odjechać.  A my musieliśmy czekać na następny i pożegnać się z tortem rozpoczynającym oficjalnie Dni Fantastyki.
Ale o tym jak, kiedy i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, oraz to, co z tego wynikło -  w następnym odcinku wakacyjnej gawędy.