Będąc ciągle w klimatach wakacyjno-konwentowych, nie mogę nie napisać o tym, co dzieję się właśnie na Enklawie Magii, a właściwie… poza nią.
Od paru tygodni trwały przygotowania do wyjścia poza umowne granice serwisu. Tak się złożyło, że niżej podpisany stał się liderem działu Community i na nim właśnie spoczął obowiązek głoszenia fantastycznej nowiny w internecie. Niezwłoczne zabrałem się do roboty.
Dziś mogę ogłosić, że Community oficjalnie rozpoczyna swoją działalność. Może i nie jest to jeszcze szczyt marzeń, ale na początek wystarczy. A zaczyna się to od… YouTube, gdzie dziś w nocy (późno w nocy) miała miejsce (bardzo późno w nocy) premiera (cholernie późno w nocy…) paru filmów, które udało mi się zrobić na konwencie Dni Fantastyki 2010. Na kanale EnklawaTV można obejrzeć fragmenty z prelekcji ,,Dokąd zmierza polska groza?” z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Roberta Cichowlasa i Dawida Kaina. Dwóch ostatnich zgodziło się pozdrowić Was na osobnych filmach.

Nasz serwis jest także dostępny na innych serwisach społecznościowych. Zapraszam!

Słońce świeci, z nieba leje się nieznośny żar i nawet tu, w górach, nie daje on wytchnienia. Dopiero w nocy, kiedy kula ognia chowa się za gdzieś za horyzontem, można odetchnąć. Ale i tak… jest ciepło. Ziemia paruje, nagrzany beton promieniuje, gwiazdy świecą. Nie ma co, czas na wakacyjne gawędy!

A zaczęło się to klasztorem. Do niego jeszcze wrócimy, w tej chwili jednak wracam myślami do innych dni, bliższych mojemu sercu.
Dni Fantastyki 2010. Ładna nazwa, ładne miejsce i czas. Wrocław, lato w pełni. I około dwa tysiące fantastów, nawiedzających zamek w Leśnicy. Jeśli – jak być powinno w każdym szanującym się zamku – były tu jakieś duchy, na wieść o zgrai wielbicieli książek, filmów i gier fantastycznych, oraz (w większości) mocniejszych brzmień , wyniosły się na urlop w trybie natychmiastowym. A dresy zostały. Dziwne… ale, ale, zacznijmy od początku.

Początek… cóż, jak chyba wszystkie zwykłe początki, zaczął się od pobudki. A potem standard – rozbiegane spojrzenie, nerwówka, przepakunek plecaka, mycie, wkurzanie na włosy, które nie chcą schnąć – bo długie. Szybki rzut oka za okno. Temperatura znośna (czyt. nie za ciepło). Dobrze.
Wychodząc z domu myślę już tylko o przyszłości.

Spotkaliśmy się z ekipą koło Galerii Krakowskiej. Byłem drugi, najwcześniej przybył Alak, któremu nie chciało się czekać na zewnątrz, więc wszedł do środka i gdyby patrzył przez szyby (czego nie robił) pewnie miałby ubaw, widząc, jak przez blisko pięć minut rozglądam się, czekając. Ubawu nie miał, za to – dzięki dobrodziejstwu komórek, w końcu się odnaleźliśmy.
Zaraz później na miejsce przytaszczył się Viear, obowiązkowo w skórzanej kurcie (więc było nas już trzech) i lekko niedogolony. Za nim, na długich nogach, kroczył długowłosy komandos w arafatce i stroju moro, z wielkim worem przerzuconym przez ramię. Raf, znaczy. Brat wspomnianego już czarnoskórego.
Jako, że do wyjazdu było jeszcze dużo czasu, zaczęliśmy debatować nad możliwością spożycia czegoś na kształt śniadania. Oczywiście, w McDonald’s. Oczywiście, nie było siły, byśmy z Viearem się nie poprztykali o to, gdzie znajduje się ta ambasada USA. Ja wskazywałem na dolny poziom, on gdzieś na prawo. Jak zwykle też, założyliśmy się o to i zostawiając tamtych dwóch na pastwę bagaży, rzuciliśmy się przed siebie, by udowodnić sobie nawzajem swoje racje. I – jak zwykle – obaj mieliśmy rację. McDonaldsy pyszniły się w obu wytypowanych miejscach. Do 100% chwały brakowało tylko powiewających amerykańskich flag.
Po – znów jak zwykle – chwili mierzenia się wzrokiem i prezentowania jak najbardziej kąśliwego uśmieszku, zdecydowaliśmy się na restaurację bliżej dworca, czyli tą wytypowaną przeze mnie. Kiedy wróciliśmy, do bagaży i reszty naszej małej, fantastycznej, rodzinki i obwieściliśmy im co i jak, z ust Alaka dosłyszeć można było tylko westchnienie ulgi.
W McDonalds przegryźliśmy szybko parę śniadaniowych bułek zawierających nie-mięso, ja przy okazji skorzystałem z Carrefura naprzeciw, kupując parę chińskich zupek. Wszak na konwencie czasem jednak trzeba coś zjeść. Potem kupiliśmy bilety i poczłapaliśmy na peron.
Czas do przyjazdu pociągu upłynął nam na czytaniu programu konwentu. W pewnej chwili podszedł też do nas jakiś człowiek, pytając, czy my aby nie zmierzamy na Dni Fantastyki. ,,To aż tak widać” – zdziwił się Viear. Głupie pytanie. Trzech metali plus komandos, stojący z plecakami i debatujący nad kartkami z wyrysowaną na nich jakąś tabelką, przy okazji głośno co jakiś czas wykrzykujący coś w stylu ,,Ćwiek! Trzeba zakreślić!” albo ,, A tu przerwa na piwo!” czy ,,Jak oni mogli nam dać te dwie prelekcje równocześnie?!”.  Zdziwiłbym się, gdyby ktoś z naszej dalszej lub bliższej ,,rodziny” nas nie rozpoznał. W tym przypadku był to kuzyn od strony brata matki, bo gość interesował się tylko bitewniakami… ale i tak było sympatycznie. A kiedy przyjechał pociąg, on wsiadł i okazało się, że to jednak jeszcze nie nasz (kto wymyślił te cholerne skróty na biletach?) znów zostaliśmy sami. I zaczęliśmy się niepokoić, bo nasza ,,dżdżownica” jeszcze nie nadjeżdżała, a czas był najwyższy.
W końcu pojawił się, ledwo słyszalny, komunikat, że pociąg stoi na peronie… innym. I się zaczęło. Szybkie wrzucanie na siebie plecaków, bieg po schodach, w dół, w górę, i jesteśmy. A pociągu niema. Odjechał.
Z szybkich wyliczeń wyszło, że biegliśmy może z 20-30 sekund.  Doliczyć czas na zakładanie plecaków – minęło może 45 do 60 sekund. W tym czasie pociąg zdążył już przyjechać i odjechać.  A my musieliśmy czekać na następny i pożegnać się z tortem rozpoczynającym oficjalnie Dni Fantastyki.
Ale o tym jak, kiedy i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, oraz to, co z tego wynikło -  w następnym odcinku wakacyjnej gawędy.

Żar leje się z nieba. Spoglądając na świecące mi w oczy słońce, zastanawiam się, jak to się stało, że górne warstwy atmosfery ciągle mają kolor niebieski, a gorąc nie sprawił jeszcze, że wyparowały oceany.
Takie dnie skutecznie odstraszają od myślenia, czy pisania. Człowiek chce się tylko schować w swojej norce i nie wychodzić stamtąd, aż to ,,jasne i gorące” sobie nie pójdzie.
A tu niespodzianka; życie zmusza do wyjścia, myślenia, pisania… a może to nie życie? Może to jakiś wewnętrzny przymus, nazwij to nawet nałogiem, który targa moimi wnętrznościami? Dosyć, że literki same się nie wklepią. Całe szczęście, że mój ,,dzień pisania” nadchodzi w nocy…

Wróciłem z Dni Fantastyki. Muszę Ci opowiedzieć jak było, a ciągle pamiętam jeszcze o relacji z zakonu Benedyktynów i picia ich nalewki. Wszystko to nade mną krąży i nie daje spokoju. A przecież tyle jest jeszcze do zrobienia…! Czasu zaś tak mało.
Nie, relacji dziś nie będzie. Siły zachować muszę na pisanie, oraz recenzje… a, właśnie, skoro już o tym mowa:

Na Enklawie Magii pojawiły się moje dwie recenzje. Dotyczą zbiorów opowiadań ,,Anima Vilis” Krzyśka T. Dąbrowskiego, oraz ,,Sześć razy śmierć” – antologii Adama Zalewskiego. Oczywiście, gorąco polecam przeczytać!
Fragmenty poniżej:

Anima Vilis

Mówi się, że strach ma wiele twarzy. Czasem ponurą i trupio bladą, kiedy indziej – nie widać jej wcale, za to z mroku dobiega zgrzyt brudnych i ostrych zębów. Zdarza się jednak i tak, że wykrzywione usta wędrują do góry, a trupia twarz nabiega krwią, stając się bardziej ludzka. Bliższa. A przez to – straszniejsza.

Krzysztof T. Dąbrowski nie jest na polskim rynku literatury grozy postacią szczególnie znaną. Jego opowiadania o wiele częściej ukazują się za granicą, w Ameryce, Brazylii, na Słowacji, czy też w Czechach. W 2008 roku światło dzienne ujrzała jego pierwsza antologia – „Nieśmierciny”, potem, na dwa długie lata zapadła cisza, w której słychać było tylko pomruki nadchodzącej burzy, kiedy Dąbrowski kończył którą ze swoich historii. Nic jednak nie wskazywało, by miała ona nadejść rychło. I – jak prawie każda chyba burza – zjawiła się nagle, z impetem (…)

Całość

Zachęcam także do wzięcia udziału w konkursie, w którym można wygrać egzemplarze książki!

Sześć razy śmierć

W życiu każdego człowieka przychodzi – prędzej, czy później – taki dzień, który okazuje się być ostatnim. Jest to nieuniknione, a jednak, każdy stara się istnieć, odsuwając widmo śmierci jak najdalej od siebie, ku granicom umysłu. Tylko czasem, kiedy dopada melancholijny nastrój, patrzymy na kalendarz i zastanawiamy się, ile nam jeszcze zostało. I nawet wtedy, usiłując wyliczyć czas, kiedy nie będzie nas już na tym świecie, datujemy go bardzo odlegle, nie chcąc dopuścić do głosu natrętnej, brzęczącej gdzieś w głowie myśli, że wypadki bardzo lubią chodzić po ludziach, a każdy napotkany na ulicy człowiek może być mordercą szukającym ofiary…

Adam Zalewski wszedł na polski rynek powieści grozy i thrillerów pod koniec 2008 roku ciepło przyjętą powieścią „Biała Wiedźma”. Parę miesięcy później, już w roku 2009, dołączyła do niej następna, jeszcze lepsza książka „Rowerzysta”, a po niej, nawiązujący do debiutu „Cień znad jeziora”. Potem zapadła cisza. Zapewne wielu spodziewało się, że niedługo ujrzy światło dzienne kolejna pełnokrwista powieść autora, lecz kiedy wreszcie wynik jego pracy wychynął zza tajemniczej zasłony, okazało się, że Zalewski zaserwował czytelnikom małą niespodziankę. W swojej nowej książce Adam Zalewski proponuje – niemal namacalne – spotkanie ze śmiercią. I to nie jedno, a sześć, „Sześć razy śmierć” jest bowiem zbiorem opowiadań (…)

Całość

A tak na koniec (co się tyczy tytułowej ,,całej reszty”) zapraszam również na kanał ,,EnklawaTV” na YouTube, mój mały projekcik. Na nim już niedługo pojawią się ciekawe filmy, dla wszystkich zainteresowanych fantastyką.

Wakacje powoli się rozkręcają. Wróciłem z klasztoru Benedyktynów (relacja już niedługo!), jutro w moim domu organizowany będzie ,,Cedricon” (nieoficjalny konwencik grozy, dla przyjaciół), a już w piątek zaczynają się Dni Fantastyki… nie wspominając o rychłych wynikach maturalnych i rekrutacji na studia.
Może to więc nie wyglądać na ,,powolne” rozkręcanie, lecz – w głębi duszy – mam nadzieję, że jest. Że prawdziwy zawrót głowy dopiero mnie czeka. I być może to jest właśnie prawdą…?

Niedawno dowiedziałem się, że organizatorom ,,Horyzontów wyobraźni”, ogólnopolskiego konkursu literackiego, udało się załatwić sprawę z antologią konkursową. Skutkiem tego jest już pewne, że moje opowiadanie ,,Wyrok” ukaże się w druku gdzieś w okolicach jesieni, a co za tym idzie, pojawię się na papierze w całej (tak mi się wydaje) Polsce. Oczywiście, antologie będzie można kupić także przez Internet.
Nie muszę chyba mówić, że się cholernie cieszę? W końcu to mój papierowy debiut. A znaki na niebie i Ziemi mówią jasno, że czas niespodzianek jeszcze się nie skończył…! Co mam na myśli? Będę informował na bieżąco.

Antologia wyjdzie nakładem wydawnictwa Radwan, które zasłynęło z wydawania znanego i lubianego, a takze mile wspominanego przez fandom czasopisma literackiego ,,Fenix”.

… aż chce się pisać!

A, przy okazji. Od jakiegoś czasu kibicuję prężnie rozwijającemu się zespołowi muzycznemu ,,Identity” . Chłopaki mają i pasję i talent, to widać po tym jak śpiewają. Zachęcam do zaglądnięcia na ich stronę i przesłuchania paru kawałków (najbardziej spodobał mi się ,,Nobody”). Warto.

Przychodzi taki czas, że coś się musi skończyć, aby inne musiało się zacząć. Tak jest i teraz. Powiem Ci, że to jest bardzo niezwykłe uczucie, graniczące trochę z niepokojem i niedowierzaniem, dziwne, bo szalona radość, która miała się pojawić jakoś nie daje o sobie znać. A powód jego jest bardzo banalny (a przecież to banały są tak naprawdę najbardziej oddziałujące), bowiem po ponad piętnastu latach edukacji, prawie całym moim życiu, udało mi się wydostać spod ,,opiekuńczych” skrzydeł Ministerstwa Edukacji Narodowej, kończąc maturę i tym samym zaczynając 4-miesięczne wakacje.
Powiem Ci, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy nie. A może inaczej – wiedziałem, ale jakoś… nie mogłem. Spłynęło na mnie tylko rozluźnienie i błogość, jakie mogli odczuwać żołnierze po długiej i wycieńczającej bitwie.

Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy; panowania nad nerwami, patrzenia niebezpieczeństwu prosto w oczy, czy też pomysłowego radzenia sobie z problemami. Ale sza, bo stąd już blisko do stwierdzenia, że szkoła nauczyła mnie myśleć, co byłoby istnym zaprzeczeniem rzeczywistości.
Uczęszczając do szkoły nauczyłem się wiele o ludziach, o złych emocjach, o tym, że jeśli umiem liczyć, muszę liczyć tylko na siebie, czy też, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, by było ci jak najgorzej. I że często są nimi nauczyciele.
Było to dla mnie, jako przyszłego (mam nadzieję) studenta psychologii bardzo ciekawe doświadczenie – obserwowałem zachowania stadne w całej krasie, masową panikę, agresję, czy hipokryzję. Istny plac zabaw dla człowieka zainteresowaną psychiką ludzką!
Dzięki szkole też, poznałem prawdziwy gniew, zimną furię, bym powiedział i nauczyłem się ją kontrolować. To ciekawa rzecz – uśmiechać się, kiedy w środku aż cię rozsadza.
Chciałbym więc szkole teraz bardzo podziękować, za tak bogate doświadczenia, dzięki którym zrozumiałem parę rzeczy. To mi bardzo pomogło.
Myślę, że teraz warto zacząć się uczyć. Nadchodzą studia, tam już edukacji nie ma.
Szczęśliwy, macham MENowi na pożegnanie.

Wspominam dzisiejszy dzień, kiedy, siedząc w kuchni z Viearem i pijąc Earlgrey’a, rozluźniony i wygodnie oparty na krześle zrozumiałem, że w poniedziałek wcale nie muszę już iść do szkoły. Że matury też już pozostały za mną. To wielka ulga. Wiesz co, cholernie się cieszę. Czując w ustach przyjemne ciepło tego napoju bogów i żartując z przyjaciółmi wiem, że sobie na to zasłużyłem.

Ale odejdźmy już od tego. Chciałbym Cię poinformować o trzech rzeczach; jedną z nich jest to, że od 1-go wyjeżdżam i nie ma mnie na dwa tygodnie. Dosłownie – nie ma. Odcinam się od świata za klasztornymi murami, nawet komórkę będę miał włączoną może przez godzinę na trzy dni. A zaraz później (i to już druga sprawa), od 25-go czerwca we Wrocławiu organizowane są Dni Fantastyki. Serdecznie zapraszam. Będę tam ja, będzie pewnie cała (lub prawie cała) redakcja Enklawy Magii, będzie Viear, Alak, Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas, a także Milena Wójtowicz, Jakub Ćwiek, i… i jeszcze wielu, wielu ciekawych, wartych poznania ludzi. I będzie się działo. Wystarczy wspomnieć o operze fantasy (dobrze czytasz), wyświetleniu ,,Head to love” – genialnego filmu na podstawie prozy Łukasza Śmigla i Kazka Kyrcza, że nie wspominając o licznych LARPach, grach RPG, konkursach, prelekcjach… naprawdę – polecam.


I następna sprawa; jutro (w niedzielę 30 maja), o godzinie 15 Joorg organizuje Broadcast z Morrowinda. Jako, że jestem wielkim fanem tejże gry, poprosił mnie o gościnę, tak więc nie tylko on będzie komentował to, co będzie widać na ekranie, ale także i ja. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie, nie jestem dobry w komentowaniu na żywo, ale mam już parę pomysłów…
Zapraszam i wstawiam link do zapowiedzi, którą udało się nam przygotować z Joorgiem w środę:

http://www.xfire.com/video/2c0109/

Wiesz, w czasie swojego życia poznałem różne osoby. Niektóre fajniejsze, inne mniej, niektóre dziwne, inne niepokojąco normalne, jeszcze inne – uzdolnione jak diabli.
Taką uzdolnioną osobą jest pewna moja przyjaciółka. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego, jak ona. Artystka.
Wyobraź sobie, że jesteś znudzony. Tak bardzo, że samo życie Ci obrzydło. Straszne, prawda?
A teraz pomyśl o osobie, która potrafi się nudzić twórczo. Niezwykłe. Zwłaszcza, jeśli robi to dla kogoś.

W sumie mogłem się pochwalić już dawno. Bo to jest tego warte. Mnie osobiście zapiera dech w piersiach. Wyobraź sobie, że właśnie ta moja przyjaciółka postanowiła, nudząc się, oprawić ,,Pętle” moje pierwsze, nadające się jako-tako do czytania, opowiadanie.
I wyszło z tego takie oto cudo (wszystko robione jest ręcznie):

Nie jest to może ,,poważna” publikacja, ale miło mieć coś takiego na półce, zwłaszcza, jeśli jest robione specjalnie dla ciebie. Niesamowite.

Cóż, i na koniec sprawa aktualizacji – na ostatnim spotkaniu autorskim Robert Cichowlas zwrócił mi uwagę, że ten ja  w zakładce ,,o mnie” na tym blogu to nie ja. A przynajmniej nie ja teraz. Też tak pomyślałem i, dzięki Viearowi i jego fachowemu, graficznemu oku, zaktualizowałem zdjęcie. Teraz ja jestem już mną.

I mi z tym dobrze, ot co.

Mokro w Krakowie

Posted: 19th Maj 2010 by Michał Stonawski in ReCEDakcje, Świat
Tags: , , , , , , , , ,

Od paru dni w mediach trwa burza, razem z gradobiciem, piorunami i solidnymi opadami, jak gdyby tego komuś brakowało. Raz, że sprawa wypadku prezydenckiego samolotu nie cichnie, dwa, że niedługo wybory, a trzy – Polskę nawiedziła powódź.
I o ile tam zawierucha nie cichnie, to w rzeczywistym świecie słychać tylko jakieś pomruki. Powódź nie okazała się, jak na razie, tak katastrofalna w skutkach, jak ta z 97 roku. Oczywiście, są ofiary, straty i wiele miast, wsi i miasteczek ucierpiało w ten, czy inny sposób, ale cóż to by była za powódź, gdyby tak się nie działo?
Byłem dziś nad Wisłą. Na własne oczy chciałem się przekonać jak się sytuacja przedstawia. Co zadziwiające, mimo całej medialnej zawieruchy, nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od rzeki, życie toczy się tak, jak toczyło się przed powodzią. Tramwaje jeżdżą, ludzie przechadzają się chodnikami. Aby ujrzeć jakieś znamiona katastrofy, trzeba się uważnie rozglądnąć.
Dostęp do samej rzeki jest zabroniony. Wejść pilnuje policja i straż miejska, od ulicy przeciągnięto taśmy, poustawiano zapory. Wszystko jednak przebiega spokojnie, nie ma tłumów. W paru miejscach stoją małe grupki osób – przeważnie obcokrajowców, żywo rozprawiających o tym co widzą i robiących zdjęcia. Małe sklepiki po obstawiano workami, lecz niezbyt dokładnie. Chyba nikt nie wierzy, by Wisła mogła przelać się poza wały. Nastawienie ludzi jest bardziej podobne do szkoły ,,przezorny, zawsze ubezpieczony”.
Cała ta sytuacja świetnie ilustruje różnice między światem mediów, a tym prawdziwym.     Tam – trwa panika. Tu – spokój. Wysoki stan wody traktowany jest bardziej jako ciekawostka.
To prawda – w paru miejscach sytuacja nie wygląda zbyt kolorowo. Zalało osiedle Podwawelskie, niektóre miejsca w Nowej Hucie zostały podtopione, jednak do rekordu jeszcze wiele brakuje.

***

Straszy zamknięty most Dębnicki. Choć to, że nie można go w tej chwili dopuścić do użytku jest raczej logiczne – ma najniższy prześwit miedzy lustrem wody, a spodem konstrukcji mostu.  Nikt nie będzie ryzykował i pozwalał przejeżdżać po nim samochodom…

Kraków trwa. Nad rozlanymi wodami króluje wielki zamek Wawelski, dając mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa. Tak jak przed wiekami, w trakcie gorszych jeszcze powodzi, tak i teraz, na toczące się wody Wisły patrzą niewzruszone i mocarne mury twierdzy królów Polski.
Pudełka krzyczą bezskutecznie. Panika nie wtargnęła do serc Krakowian.

Bo przecież wszyscy wiedzą, że…

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała!